Главная страница Случайная страница КАТЕГОРИИ: АвтомобилиАстрономияБиологияГеографияДом и садДругие языкиДругоеИнформатикаИсторияКультураЛитератураЛогикаМатематикаМедицинаМеталлургияМеханикаОбразованиеОхрана трудаПедагогикаПолитикаПравоПсихологияРелигияРиторикаСоциологияСпортСтроительствоТехнологияТуризмФизикаФилософияФинансыХимияЧерчениеЭкологияЭкономикаЭлектроника |
Table of Contents 28 страница
Miejsce naprzeciwko Fielda zajmował sporo od niego mł odszy mę ż czyzna, znacznie lepiej ubrany, o budowie był ego atlety, któ ry powoli zaczą ł przybierać na wadze. Ponad wszelką wą tpliwoś ć był to Frankie Gordino. Miał zapuchnię tą, nadą saną twarz rozpuszczonego dziecka. Czy mó gł zastrzelić z zimną krwią czł owieka? Tak. Wyglą dał na kogoś, kto był do tego zdolny. - Czy pan Field? - zwró cił się Eddie do ł ysego mę ż czyzny. - Tak. - Jeś li ma pan chwilę czasu, kapitan chciał by zamienić z panem kilka sł ó w. Przez twarz Fielda przemkną ł niechę tny grymas, któ ry jednak natychmiast ustą pił miejsca wyrazowi rezygnacji. Domyś lił się od razu, ż e odkryto jego tajemnicę; zirytował o go to, choć na dł uż szą metę był o mu wł aś ciwie wszystko jedno. - Oczywiś cie. - Zgasił papierosa w umieszczonej w ś cianie obok fotela popielniczce, rozpią ł pas i podnió sł się z miejsca. - Proszę za mną - powiedział Eddie. Przechodzą c ponownie przez kabinę numer trzy Eddie napotkał spojrzenie Toma Luthera. W tym samym momencie doznał olś nienia. Luther miał za zadanie uwolnić Frankiego Gordina. To odkrycie tak nim wstrzą snę ł o, ż e staną ł jak wryty, w wyniku czego Field wpadł z rozpę du na niego. Luther wpatrywał się w niego z przeraż eniem, obawiają c się zapewne, iż Eddie postanowił go zdemaskować. - Przepraszam pana - bą kną ł Eddie do Ollisa Fielda, po czym ruszył przed siebie. Elementy ł amigł ó wki ukł adał y się powoli w logiczną cał oś ć. Gordino został zmuszony do opuszczenia Stanó w, ale FBI wytropił o go w Wielkiej Brytanii i uzyskał o zgodę na ekstradycję. Postanowiono sprowadzić go z powrotem samolotem. W jakiś sposó b dowiedzieli się o tym jego wspó lnicy, któ rzy postanowili odbić go z rą k wł adz. Deakin miał doprowadzić do wodowania Clippera u wybrzeż y stanu Maine, gdzie bę dzie już czekał a szybka ł ó dź, by zabrać Gordina z pokł adu samolotu. Kilka minut pó ź niej przestę pca znajdzie się na brzegu, być moż e na terytorium Kanady, wsią dzie do samochodu i odjedzie do bezpiecznej kryjó wki, wymykają c się sprawiedliwoś ci - dzię ki Eddiemu Deakinowi. Prowadzą c Fielda w gó rę po spiralnych schodkach Eddie poczuł wielką ulgę, ż e wreszcie zrozumiał, o co w tym wszystkim chodzi, a jednocześ nie wcale nie mniejsze przeraż enie, gdyż stał o się dla niego jasne, ż e po to, by uratować ż onę, musi dopomó c w ucieczce groź nemu przestę pcy. - Kapitanie, to jest pan Field - powiedział. Kapitan Baker, w kompletnym umundurowaniu, siedział przy stoliku w gł ę bi kabiny, trzymają c w dł oni depeszę. Podnió sł wzrok na Fielda, ale nie poprosił go, by usiadł. - Otrzymał em wiadomoś ć dla pana... od FBI - oznajmił. Field wycią gną ł rę kę po depeszę, lecz Baker nie podał mu jej. - Czy jest pan agentem FBI? - zapytał kapitan. - Tak. - Czy wykonuje pan w tej chwili obowią zki sł uż bowe? - Owszem. - Na czym one polegają? - Nie wydaje mi się, ż eby musiał pan to wiedzieć, kapitanie. Proszę oddać mi tę depeszę. Sam pan powiedział, ż e jest przeznaczona dla mnie, nie dla pana. - Ja jestem tutaj dowó dcą i sam decyduję, o czym muszę wiedzieć. Proszę się ze mną nie sprzeczać, panie Field, tylko robić to, o co pana proszę. Eddie przyglą dał się agentowi. Był to blady czł owiek o ł ysej czaszce i jasnoniebieskich oczach, sprawiają cy wraż enie bardzo zmę czonego. Odznaczał się wysokim wzrostem; kiedyś zapewne był atletycznie zbudowany, teraz jednak garbił się i na pewno nie imponował tę ż yzną fizyczną. Wyglą dał raczej na kogoś aroganckiego niż odważ nego. Ocena Deakina okazał a się trafna, gdyż wobec zdecydowanej postawy kapitana Field natychmiast zrezygnował z oporu. - Eskortuję do Stanó w Zjednoczonych wydalonego z Wielkiej Brytanii przestę pcę - oś wiadczył. - Nazywa się Frank Gordon. - Znany ró wnież jako Frankie Gordino? - Zgadza się. - Informuję pana, iż stanowczo protestuję przeciwko wprowadzeniu na pokł ad samolotu groź nego przestę pcy bez mojej wiedzy i zgody. - Skoro zna pan jego prawdziwe nazwisko, to zapewne wie pan takż e, czym się zajmuje. Pracuje dla Raymonda Patriarki, odpowiedzialnego za liczne napady z bronią w rę ku, wymuszenia okupu, lichwiarstwo, prowadzenie nielegalnego hazardu oraz prostytucję na obszarze od Rhode Island do Maine. Ray Patriarca został ogł oszony Wrogiem Publicznym Numer Jeden. Gordino peł nił u niego funkcję egzekutora, terroryzują c, mordują c i torturują c niewinnych ludzi. Ze wzglę dó w bezpieczeń stwa nie mogliś my pana o niczym poinformować. - Wasze wzglę dy bezpieczeń stwa są gó wno warte! - prychną ł Baker. Był bardzo zdenerwowany; Eddie jeszcze nigdy nie sł yszał, by zdarzył o mu się zaklą ć w obecnoś ci pasaż era. - Gang Patriarki wie o wszystkim. Wrę czył depeszę agentowi FBI. Field przeczytał ją i poszarzał na twarzy. - Ską d oni się o tym dowiedzieli, do diabł a? - mrukną ł. - Muszę wiedzieć, któ rzy z pasaż eró w są „wspó lnikami wiadomych przestę pcó w” - oś wiadczył stanowczo kapitan. - Czy rozpoznał pan kogoś na pokł adzie? - Oczywiś cie, ż e nie - odparł z irytacją Field. - Gdybym zauważ ył kogoś podejrzanego, już dawno zawiadomił bym FBI. - Jeś li udał oby się zidentyfikować tych ludzi, na najbliż szym postoju wysadził bym ich z samolotu. Ja ich znam - pomyś lał Eddie. - Tom Luther i ja. - Proszę nadać do FBI kompletną listę pasaż eró w i zał ogi - powiedział Ollis Field. - Sprawdzą wszystkich i znajdą tych, o któ rych nam chodzi. Czy zidentyfikują w ten sposó b Luthera? - zaniepokoił się Eddie. Gdyby tak się stał o, wszystko legł oby w gruzach. Czy był notowanym przestę pcą? I czy rzeczywiś cie nazywał się Tom Luther? Jeż eli posł ugiwał się fał szywym nazwiskiem, musiał mieć takż e podrobiony paszport; dla kogoś, kto wspó ł pracował z rekinami przestę pczego ś wiata nie powinno stanowić to wię kszego problemu. Chyba nie zapomniał o tym podstawowym ś rodku ostroż noś ci? Wszystko, co robił, był o tak ś wietnie zorganizowane... - Nie wydaje mi się, ż ebyś my musieli brać pod uwagę zał ogę - warkną ł Baker. Field wzruszył ramionami. - Jak pan sobie ż yczy. I tak w cią gu minuty dostaniemy od Pan American wszystkie nazwiska. Jest zupeł nie pozbawiony dobrych manier - pomyś lał Deakin. - Czy wszyscy agenci FBI wzorują się pod tym wzglę dem na Edgarze Hooverze? Kapitan wrę czył listę radiooperatorowi. - Nadaj to natychmiast, Ben. - A po chwili dodał: - Uwzglę dnij też zał ogę. Ben Thompson usiadł przy konsolecie i zaczą ł wystukiwać depeszę alfabetem Morse'a. - Jeszcze jedna sprawa - powiedział kapitan do Ollisa Fielda. - Proszę o pań ską broń. Eddie musiał przyznać, ż e był o to bardzo sprytne posunię cie. On sam jakoś nie wpadł na to, ż e agent FBI mó gł być uzbrojony - ale przecież musiał, skoro eskortował niebezpiecznego przestę pcę. - Stanowczo protes... - Pasaż erowie przebywają cy na pokł adzie samolotu nie mogą mieć przy sobie broni. Od tej reguł y nie ma wyją tkó w. Proszę oddać mi rewolwer. - A jeż eli odmó wię? - Panowie Deakin i Ashford odbiorą go panu sił ą. Eddiego zaskoczył o to oś wiadczenie, ale natychmiast wczuł się w rolę i zbliż ył się o krok do Fielda. Jack uczynił to samo. - Jeś li zmusi mnie pan do uż ycia sił y, podczas najbliż szego postoju usunę pana z pokł adu samolotu i nie zezwolę na to, by kontynuował pan podró ż - dodał Baker. Deakin z podziwem obserwował kapitana, któ ry ani na chwilę nie stracił kontroli nad sytuacją, mimo ż e jego przeciwnik był uzbrojony. Wyglą dał o to zupeł nie inaczej niż w filmach, gdzie ten, kto miał broń, rozstawiał wszystkich po ką tach. Jak zareaguje Field? Jego zwierzchnicy z pewnoś cią nie pochwalą go za to, ż e pozwolił się rozbroić, choć z drugiej strony był o to na pewno lepsze rozwią zanie niż dać się wysadzić z samolotu. - Mam pod opieką niebezpiecznego wię ź nia - powiedział Field. - Muszę mieć broń. Eddie dostrzegł ką tem oka jakieś poruszenie za wpó ł przymknię tymi drzwiami, prowadzą cymi do wież yczki obserwacyjnej i lukó w bagaż owych. - Eddie, zabierz mu rewolwer - polecił kapitan Baker. Eddie się gną ł pod marynarkę Fielda. Agent stał bez ruchu. Deakin odszukał kaburę, rozpią ł ją i wyją ł rewolwer. Ollis Field nie zaprotestował ani jednym sł owem. Nastę pnie Eddie podszedł szybkim krokiem do drzwi i otworzył je na oś cież. W wą skim korytarzyku stał Percy Oxenford. Deakin odetchną ł z ulgą. Nie wiadomo czemu wyobraził sobie, ż e ujrzy czł onkó w gangu Gordina z gotowymi do strzał u pistoletami maszynowymi. - Ską d się tu wzią ł eś, chł opcze? - zapytał kapitan Baker. - Wszedł em po drabinie, któ ra jest przy damskiej toalecie - wyjaś nił Percy. Z tej samej drogi skorzystał wcześ niej Eddie, sprawdzają c stan linek steró w kierunkowych. - Potem przecisną ł em się na czworakach przez cał ą dł ugoś ć samolotu i znalazł em się tutaj. Eddie zorientował się, ż e wcią ż trzyma w rę ku rewolwer Fielda; poś piesznie schował go do szuflady z mapami. - Wracaj teraz na swoje miejsce, mł ody czł owieku, i nie opuszczaj go aż do zakoń czenia lotu - powiedział kapitan. Percy odwró cił się, by ruszyć tą samą drogą, któ rą przyszedł. - Nie tę dy! - sykną ł Baker. - Schodami. Percy przemkną ł z niepewną miną przez kabinę i zbiegł w dó ł po schodach. - Jak dł ugo tam stał, Eddie? - zapytał kapitan. - Nie mam poję cia. Podejrzewam, ż e wszystko sł yszał. - A wię c moż emy poż egnać się z nadzieją, ż e ta sprawa nie dotrze do pasaż eró w - zauważ ył ze znuż eniem Baker; Deakin dopiero teraz zaczą ł rozumieć, jak wielka odpowiedzialnoś ć spoczywa na barkach dowó dcy. Jednak kapitan szybko otrzą sną ł się z ponurego nastroju. - Moż e pan wracać do swojej kabiny, panie Field. Dzię kuję za wspó ł pracę. - Ollis Field odwró cił się i wyszedł bez sł owa. - A panó w zapraszam z powrotem do pracy - zakoń czył Baker. Zał oga wró cił a na stanowiska. Eddie odruchowo sprawdził wskazania zegaró w, choć w jego myś lach panował zupeł ny chaos. Zauważ ył, ż e zbiorniki w skrzydł ach, ską d paliwo trafiał o bezpoś rednio do silnikó w, są już w znacznej czę ś ci puste, wię c wł ą czył urzą dzenia pompują ce paliwo z gł ó wnych zbiornikó w, umiejscowionych w stabilizatorach. Jednak myś lami wracał cał y czas do Frankiego Gordina. Frankie zastrzelił czł owieka, zgwał cił kobietę i spalił nocny klub, lecz został schwytany i odpowiedział by za swoje okropne czyny, gdyby nie to, ż e Eddie Deakin postanowił dopomó c mu w ucieczce. Dzię ki niemu gwał ciciel i morderca znajdzie się znowu na wolnoś ci. Co gorsza, Gordino niemal na pewno bę dzie zabijał w dalszym cią gu. Prawdopodobnie nie potrafił nic innego. Niebawem nadejdzie dzień, kiedy Eddie przeczyta w gazecie o jakimś straszliwym przestę pstwie - bę dzie to na przykł ad morderstwo poprzedzone okrutnym znę caniem się nad ofiarą albo podpalenie budynku peł nego kobiet i dzieci, albo zbiorowy gwał t na jakiejś dziewczynie, potem zaś okaż e się, ż e policja podejrzewa o dokonanie tej zbrodni gang Patriarki. Eddiego bę dą wó wczas drę czył y pytania, na któ re nigdy nie pozna odpowiedzi: Czy to zrobił Gordino? Czy jestem za to odpowiedzialny? Czy ci ludzie cierpieli i umarli tylko dlatego, ż e pomogł em mu uciec? Jak wiele morderstw bę dzie miał jeszcze na sumieniu? Niestety, nie pozostawiono mu wyboru. Ray Patriarca miał w swych rę kach Carol-Ann. Za każ dym razem, kiedy o tym pomyś lał, na czoł o wystę pował mu perlisty, lodowaty pot. Musiał ją ratować, a to oznaczał o koniecznoś ć wspó ł pracy z Tomem Lutherem. Spojrzał na zegarek: pó ł noc. Jack Ashford podał mu aktualną pozycję samolotu; mó gł ją ustalić jedynie w przybliż eniu, gdyż na niebie nie był o widać ż adnej gwiazdy. Ben Thompson odebrał przed chwilą najś wież szą prognozę pogody: zapowiadano bardzo silny sztorm. Eddie odczytał wskazania zegaró w i zabrał się do obliczeń. Moż liwe, iż za chwilę jego problemy stracą wszelkie znaczenie; jeś li okaż e się, ż e mają za mał o paliwa, by bezpiecznie dotrzeć do Nowej Fundlandii, bę dą musieli zawró cić. Jednak ta myś l wcale nie przyniosł a mu otuchy. Nie był fatalistą. Musiał coś robić. - I co, Eddie? - zapytał Baker. - Jeszcze nie skoń czył em, kapitanie. - Poś piesz się. Zdaje się, ż e jesteś my blisko punktu bez powrotu. Eddie poczuł, ż e po jego policzku ś cieka kropla potu. Otarł ją szybkim, ukradkowym ruchem. Doprowadził obliczenia do koń ca. Zapas paliwa okazał się za mał y. Przez chwilę siedział bez ruchu, po czym pochylił się nad blatem, udają c, ż e jeszcze coś robi. Sytuacja był a gorsza niż na począ tku wachty; teraz paliwa zabrakł oby nawet wtedy, gdyby pracował y wszystkie cztery silniki. Jedynym rozwią zaniem był o skró cenie trasy i lot przez ś rodek sztormu, ale nawet wtedy, gdyby zawió dł jeden silnik, nastą pił aby katastrofa. Zginę liby zaró wno pasaż erowie, jak i zał oga. Co wó wczas stał oby się z Carol-Ann? - Jak tam, Eddie? - odezwał się zniecierpliwiony kapitan. - Naprzó d do Botwood czy z powrotem do Foynes? Deakin zacisną ł zę by. Nie mó gł spokojnie myś leć o tym, ż e Carol-Ann miał aby pozostać przez dodatkowe dwadzieś cia cztery godziny w rę kach porywaczy. Duż o ł atwiej był o mu postawić wszystko na jedną kartę. - Jest pan gotó w zmienić kurs i przelecieć przez sztorm? - zapytał. - A muszę? - Jeś li pan tego nie zrobi, trzeba bę dzie wracać. - Cholera! - warkną ł Baker. Podobnie jak reszta zał ogi nie znosił zawracania w poł owie trasy. Traktował to zawsze jako osobistą poraż kę. Eddie czekał na jego decyzję. - A niech to! - powiedział wreszcie kapitan Baker. - Lecimy przez sztorm. CZĘ Ś Ć CZWARTA ZNAD Ś RODKOWEGO ATLANTYKU DO BOTWOOD ROZDZIAŁ 16 Diana Lovesey był a wś ciekł a na mę ż a, ż e wsiadł w Foynes na pokł ad Clippera. Przede wszystkim dlatego, iż jego gonitwa za nią wprawiał a ją w ogromne zakł opotanie - bał a się, ż e pozostali pasaż erowie uznają tę sytuację za niewiarygodnie zabawną - lecz gł ó wnym powodem był o to, ż e nie ż yczył a sobie, by stwarzał jej okazję do zmiany zdania. Podję ł a już ostateczną decyzję, Mervyn jednak nie chciał jej uznać, przez co Diana sama wą tpił a w swoją determinację. Teraz bę dzie musiał a potwierdzać ją za każ dym razem, kiedy on zwró ci się do niej z proś bą o jeszcze jedną chwilę zastanowienia. Wreszcie chodził o o to, ż e swoim postę powaniem zepsuł jej cał ą radoś ć z lotu. Miał a to być podró ż ż ycia, romantyczna eskapada u boku kochanka, ale zapierają ce dech w piersi poczucie wolnoś ci, jakie towarzyszył o jej w chwili startu, zniknę ł o bez ś ladu. Nie cieszył jej ani sam lot, ani luksusowe wnę trza, ani nawet eleganckie towarzystwo i wykwintne potrawy. Bał a się dotkną ć Marka, pocał ować go w policzek lub wzią ć go za rę kę, gdyż w każ dej chwili w kabinie mó gł się pojawić Mervyn. Nie był a pewna, gdzie wł aś ciwie siedzi, ale spodziewał a się ujrzeć go lada moment. Rozwó j wydarzeń wpł yną ł przygnę biają co takż e na Marka. Po tym, jak w Foynes Diana odprawił a Mervyna z kwitkiem, tryskał optymizmem i energią, opowiadają c o Kalifornii, sypią c ż artami jak z rę kawa i cał ują c ją przy każ dej okazji - kró tko mó wią c, zachowywał się tak jak zwykle. Kiedy jednak zobaczył, jak jego rywal wchodzi na pokł ad samolotu, powietrze uszł o z niego jak z przekł utego balonu. Teraz siedział w milczeniu obok niej i przeglą dał z roztargnieniem czasopisma, nie czytają c ani sł owa. Rozumiał a, dlaczego tak się stał o. Już raz zmienił a zdanie i chciał a wracać do domu; teraz, kiedy Mervyn był niemal w zasię gu rę ki, ską d Mark miał mieć pewnoś ć, ż e nie stanie się tak ponownie? Co gorsza, pogoda zdecydowanie się popsuł a; samolotem trzę sł o jak samochodem jadą cym z duż ą prę dkoś cią po zaoranym polu. Od czasu do czasu któ ryś z pasaż eró w wstawał z pozieleniał ą twarzą i przemykał cichcem do ł azienki. Rozeszł a się plotka, ż e prognoza pogody przewidywał a nasilenie sztormu. Diana był a teraz zadowolona, ż e dzię ki swojemu zdenerwowaniu prawie nie jadł a kolacji. Ż ał ował a, ż e nie wie, gdzie siedzi Mervyn. Moż e gdyby się tego dowiedział a, przestał aby oczekiwać, ż e lada chwila zmaterializuje się obok niej. Postanowił a pó jś ć do toalety i rozejrzeć się po drodze. Zajmował a miejsce w kabinie numer cztery. Zajrzał a szybko do kabiny numer trzy, ale Mervyna tam nie był o, wię c odwró cił a się i skierował a ku tył owi samolotu, zataczają c się i chwytają c czego popadł o. W kabinie numer pię ć takż e nie zobaczył a mę ż a; był o to wł aś ciwie ostatnie duż e pomieszczenie w Clipperze, gdyż wię kszą czę ś ć nastę pnej kabiny zajmował a damska toaleta. W mocno okrojonym wnę trzu zmieś cił y się tylko dwa fotele, zajmowane przez jakichś biznesmenó w. Z pewnoś cią nie był y to zbyt atrakcyjne miejsca. To ś mieszne, zapł acić tyle pienię dzy i siedzieć przez cał y czas pod drzwiami damskiej toalety - pomyś lał a Diana. Dalej w kierunku ogona był już tylko apartament dla nowoż eń có w. Wynikał o z tego, ż e Mervyn przebywał w któ rejś z dziobowych kabin albo siedział w saloniku i grał w karty. Weszł a do toalety. Przed duż ym lustrem stał y dwa taborety; jeden z nich zajmował a kobieta, z któ rą Diana nie zdą ż ył a jeszcze zamienić ani sł owa. W chwili kiedy zamykał a za sobą drzwi, samolot przechylił się nagle, tak ż e niewiele brakował o, by stracił a ró wnowagę. Diana zatoczył a się i usiadł a z rozmachem na wolnym taborecie. - Nic się pani nie stał o? - zapytał a nieznajoma kobieta. - Dzię kuję, nic. Nie znoszę takich podskokó w. - Ja też. Ale podobno ma być jeszcze gorzej. Bę dziemy przelatywać przez silny sztorm. Maszyna wyró wnał a lot. Diana otworzył a torebkę, wyję ł a grzebień i zaczę ł a się czesać. - Pani nazywa się Lovesey, prawda? - zapytał a kobieta. - Tak. Mó w mi Diana. - Jestem Nancy Lenehan. Wsiadł am dopiero w Foynes. - Kobieta jakby się zawahał a, po czym dokoń czył a niezrę cznie: - Przyleciał am z Liverpoolu z twoim... to znaczy, z panem Lovesey. - Och! - Diana zarumienił a się. - Nie wiedział am, ż e nie był sam... - Pomó gł mi wygrzebać się z poważ nych kł opotó w. Koniecznie musiał am zdą ż yć na ten samolot, ale ugrzę zł am w Liverpoolu. Nie miał am ż adnych szans, ż eby dojechać na czas do Southampton, wię c kazał am się zawieź ć na lotnisko i ubł agał am go, ż eby zabrał mnie z sobą. - Cieszę się, ż e ci się udał o, ale dla mnie to ogromnie krę pują ca historia - odparł a Diana. - Nie rozumiem, dlaczego masz się czuć skrę powana. To musi być wspaniał e, kiedy dwaj mę ż czyź ni kochają się w tobie do szaleń stwa. Ja nie mam nawet jednego. Diana spojrzał a na jej odbicie w lustrze. Nancy moż e nie był a pię kna, ale na pewno atrakcyjna; miał a regularne rysy i czarne wł osy, ubrana zaś był a w bardzo zgrabną wiś niową garsonkę i bluzkę z szarego jedwabiu. Sprawiał a wraż enie bystrej i zaradnej osoby. Rozumiem, czemu Mervyn zdecydował ci się pomó c - pomyś lał a Diana. - Jesteś dokł adnie w jego typie. - Czy był dla ciebie uprzejmy? - zapytał a. - Nie bardzo - przyznał a Nancy z wymuszonym uś miechem. - Przykro mi. Dobre maniery nie są jego najsilniejszą stroną. Wyję ł a szminkę. - To nie ma znaczenia. I tak był am mu ogromnie wdzię czna, ż e zechciał mnie zabrać. - Nancy delikatnie wydmuchał a nos w chusteczkę. Diana dostrzegł a na jej palcu obrą czkę. - Zachowuje się doś ć obcesowo, ale myś lę, ż e w gruncie rzeczy to dobry czł owiek. Przy kolacji rozś mieszył mnie do ł ez. A w dodatku jest bardzo przystojny. - Masz rację, to dobry czł owiek - usł yszał a swó j gł os Diana. - Tyle tylko, ż e arogancki jak księ ż niczka i okropnie niecierpliwy. Doprowadzam go do szaleń stwa, bo czę sto waham się i zmieniam zdanie, a czasem nie mó wię tego, co naprawdę myś lę. Nancy zaczę ł a się czesać. Miał a gę ste czarne wł osy; Diana był a ciekawa, czy farbuje je, by ukryć siwe pasma. - Zdecydował się odbyć dł ugą podró ż, ż eby cię odzyskać. - To wył ą cznie ze wzglę du na jego dumę - odparł a Diana. - Zabrał mnie inny mę ż czyzna, a Mervyn ma we krwi skł onnoś ć do wspó ł zawodnictwa. Gdybym przeniosł a się do mojej siostry, nie kiwną ł by nawet palcem. Nancy się roześ miał a. - Wyglą da na to, ż e nie ma ż adnych szans. - Absolutnie ż adnych. - Nagle Diana stracił a ochotę do rozmowy z Nancy Lenehan. Poczuł a do niej trudną do wytł umaczenia wrogoś ć. Schował a kosmetyki do torebki, wstał a i powiedział a z uś miechem, któ ry miał zatuszować jej prawdziwe uczucia: - Spró buję się jakoś doczoł gać na swoje miejsce. - Powodzenia. Wychodzą c z toalety minę ł a Lulu Bell i księ ż nę Lavinię z ich podrę cznymi bagaż ami. Kiedy dotarł a do kabiny, Davy wł aś nie zabierał się do rozkł adania fotela, któ ry zajmował y. Diana był a niezmiernie ciekawa, w jaki sposó b obszerna otomana moż e zamienić się w dwa oddzielne ł ó ż ka, usiadł a wię c i przypatrywał a się z zainteresowaniem. Steward najpierw zdją ł wszystkie poduszki, a nastę pnie usuną ł podł okietniki i otworzył dwie prawie niewidoczne klapki w ś cianie, za któ rymi znajdował y się haki, po czym wycią gną ł spod fotela metalową ramę i umocował ją na hakach, mniej wię cej na wysokoś ci piersi. Diana zdą ż ył a pomyś leć, ż e konstrukcja nie sprawia wraż enia zbyt solidnej, kiedy Davy wydobył ską dś dwa grube prę ty, któ rych uż ył jako podpó rek. Nastę pnie uł oż ył na dolnym ł ó ż ku
|